Date

www.Amazonki.Olsztyn.pl

Amazonki i życie po mastektomii.
Rak piersi

Archive for the ‘Historie Amazonek’ Category

Amazonki łączmy się!

posted by:

W całej Polsce od wielu lat Amazonki organizują spotkania w swoich małych, lokalnych środowiskach w których żyją. Spotkania mają różne formy. Jedne Amazonki umawiają się na kawę i ciastko, rozmawiają o przepisach i sprawach codziennych. Inne rozmawiają o swoich problemach, obawach i badaniach związanych z chorobą, regularnie ćwiczą, jeżdżą na basen i wspierają się nawzajem. A jeszcze inne piszą książki, czynnie uczestniczą w życiu swojego miasteczka, robią akcje i zachęcają panie w każdym wieku do badań profilaktycznych. Amazonki chyba nigdy się nie nudzą.

Każda z nich potrzebuje wsparcia i zainteresowania swoją osobą, potrzebuje wspólnych chwil wytchnienia i radości. Nie zawsze Amazonki znajdują wsparcie w bliskich, a nawet jeśli, kto najlepiej zrozumie Amazonkę jeśli nie inna Amazonka?

Panie po chemioterapii, radioterapii, utracie piersi podupadają na duchu, tracą chęci do życia a świat wydaje się mdły i bez smaku- to tylko kilka powodów dla których warto zapisać się do lokalnego klubu Amazonek, a co można zyskać? Otóż bardzo wiele. Comiesięczne spotkania w klubach dają Amazonkom poczucie wartości, świadomości, że to choroba jak każda inna, że świat jest piękny a każdy następny dzień to dzień który może być początkiem czegoś nowego.

Wiele uświadamiających kampanii społecznych ma swoje odzwierciedlenie w przyszłości. Większa ilość Pań bada się regularnie i stara się dbać o swoje zdrowie. Akcje ze znanymi postaciami z branży medialnej zachęcają do badań jak i uświadamiają społeczeństwo, że rak piersi to nie koniec świata.

Wspierajmy lokalne Amazonki bo Panie o wielkich sercach zasługują na naprawdę wiele miłości!

Historia Małgorzaty

posted by:

Przedstawiamy kolejną zwycięską historię nadesłaną przez panią Małgorzatę.

„Wyrwana z objęć śmierci…”

Hanka paliła papierosy przez wiele lat. Próbowała nawet  kilkakrotnie rzucać to diabelstwo na krótkie  okresy, ale zawsze wracała do „dymka”, twierdząc, że nie można wszystkiego sobie odmawiać. Ostatnio gdy wróciła do nałogu, postanowiła zachowywać się jak dama i kupowała i z elegancją paliła tylko cieniutkie, śliczniutkie, aromatyczne papieroski – słomeczki o lekko miętowym zapachu. Tego jej bardzo było potrzeba. Tak się zaczął jej powrót do nałogu, a gdy widziała jak pięknie wygląda ta słomeczka w jej damskiej, drobnej, wypielęgnowanej dłoni, była nawet dumna z siebie.  Mieszkała od kilkunastu lat w małej wiosce , z dala od jakiejkolwiek cywilizacji, tak się tam zaszyła i „zapuściła”, że ze znanej stylistki i estetki stała się zwykłą wiejską babą ubraną w waciak i dojącą krowę.  Nie brała  pod uwagę swojego wyglądu, nie widziała,  że jej dłonie przestały przypominać ręce kobiece, a zaniedbane paznokcie i spierzchnięta skóra były na porządku dziennym. Jej dłonie przecież zawsze były wielkich rozmiarów i przez to sprawiały wrażenie silnych i opiekuńczych, ale za to papierosek wyglądał w nich jak słomeczka… zapałeczka…  Zdawała sobie sprawę, że super eleganckie papieroski przy niej jakoś tak nijak wyglądały i bardzo cierpiała z tego powodu, powtarzając w duchu, że przy najbliższej okazji jednak definitywnie rzuci palenie. Lecz decyzja ta jak zwykle odwlekała się w czasie, gdyż papierosy były słabe i można było sobie wmówić, że nie szkodzą… ON… wrócił z miasta, z zakupów i nagle wszem i wobec obwieścił, że rzuca palenie, kupił w tym celu niezwykle drogie, ale skuteczne plastry o tajemniczej nazwie (x), które bezapelacyjnie muszą  pomóc w pozbyciu się nałogu, tak jak od razu pomogły tej eleganckiej pani z reklamy w telewizji. ON palił baaardzo dużo – paczka, półtorej – mocnych papierosów dziennie odkąd go znała, więc jej zaskoczenie tą decyzją było tak ogromne, że osłupiała ze zdumienia , i w tej „stopklatce”  ochoczo zgodziła się na współpracę w „rzucaniu” nałogu za pomocą cudownej mocy plastrów.  Począwszy od tego dnia codziennie odbywał  się rytuał wzajemnego naklejania plasterka i z uśmiechem na twarzy i humorystycznymi akcentami oboje wynajdywali sobie najbardziej niedostępne i wyszukane miejsca na ciele na kolejną nalepkę… Potem wyjechał jak zwykle na tydzień w delegację… ( z której już do niej nie wrócił – nowe zauroczenie)…  Minęły dwa dni… i Hanka poczuła, że coś ją niebezpiecznie „bierze”… Myślała, że to atak świnki, bo zauważyła niezbyt ciekawą opuchliznę ślinianki i gdyby nie to, że już tę chorobę przechodziła, pomyślałaby, że właśnie ona  ją zaatakowała . Miała też powiększone węzły chłonne i ogólnie fatalnie się czuła. Prawa pierś dziwnie ją „kłuła”, ale pomyślała, że pewnie zbliża się „okres”, więc zbagatelizowała to. Choć była zaniepokojona, odpuściła sobie głupie myśli, twierdząc, ze to pewnie jakaś niewielka infekcja, bo któż teraz wie co w tym wiejskim powietrzu „lata”. I dumna z siebie wieczorem, zobaczyła, że jakoś samo diabelstwo przeszło, bo patrząc w lustro ku jej zdziwieniu  okazało się, że wszystko minęło…  Błogi sen, w którym śniła jej się podróż do krainy bajek, gdzie lekka jak piórko, pod postacią elfa zajadała się słodyczami w najprzeróżniejszych  kształtów a  rano wstała zachwycona bajkową przecudnie kolorową senną wizją… Rozbudzona przeciągnęła się na łóżku a ziewając poczuła przejmujący ból dziąseł…

„To przez te słodycze ze snu”… pomyślała, lecz zdała sobie sprawę, że to już nie sen i pobiegła przed lustro. No tak, wiedziała co to znaczy – bolesny stan zapalny, dziąsła fioletowe, a  ból nie do zniesienia, aż ciężko usta otworzyć a co dopiero je zamknąć… W kuchni znalazła suszoną babkę lancetowatą,  której na wsi zawsze wszędzie mnóstwo i znana jest ze swych właściwości leczniczych, w ogóle to lubiła zbierać zioła – tak na wszelki wypadek…  Rozpoczęła robić  płukanki…  i tak przez cały dzień

co kilkanaście minut… Wieczorem minęło… ale ulga…  Znów noc i znów sen, ale tym razem była w swoich rodzinnych stronach, na polanie za domem, słyszała odgłos szemrzącego potoku, a na polanie widziała połacie kwitnących, ślicznych, dużych, żółciutkich słoneczników. Cała polana otoczona była ciemnozieloną ścianą świerków a ona na niej widziała dokładnie każdy z tysięcy słoneczników… Widziała każdy płateczek i każdy brązowy środeczek tych kwiatów, które lśniły w słońcu cudnie i aż raziły ja w oczy intensywnością  barw. Wstała rano radośnie, bez bólu i zadowolona, zmieniła plasterek a tu…  jeszcze przed obiadem zaczęła dziwnie się czuć … objawy typowo grypowe… Okropnie zaczęło łamać ją w kościach, a bóle się przemieszczały po całym ciele: bolały ją nogi, a za chwilę przestawały, przechodziło to na plecy, a potem po kolei na wszystkie inne części ciała. A pierś coraz bardziej bolała… ( Gdyby już teraz pomyślała uniknęłaby tego wszystkiego, ale cóż… ) Hmm… domowe sposoby leczenia niespodziewanego ataku grypy… napiła się soku malinowego własnego wyrobu, ale nie przechodziło. Herbata z miodem i cytryną też się nie sprawdziła… Czuła się źle i coraz bardziej „kładło ją” do łóżka.  Zmierzyła temperaturę ale nic szczególnego nie było… tylko 37 i dwie kreski.  Jednak  coś było nie tak i w jakimś irracjonalnym strachu postanowiła jednak położyć się do łóżka i kurować się leżąc w pościeli. Do wieczora ani lepiej, ani gorzej, a psychicznie była całkiem rozwalona i zaczynała mieć dziwne podejrzenia, że to coś poważniejszego… Czuła słabość i zawroty głowy, zaczęła nawet myśleć głupio, że pewnie zaraz „zejdzie”. Aż dziw, że przeleżała tak dwa dni… z węzłami chłonnymi i piersią było coraz gorzej… przez myśl przemknęło jej „pewnie rak mnie żre” … A i czuła się coraz gorzej … Wymieniła plasterek, że by nie było, że nie stosuje się do zaleceń, bo w końcu definitywnie rzuca nałóg i wtedy spanikowała… Chwyciła za  telefon i zadzwoniła do przyjaciółki, Pauli , gdyż chciała zacząć właśnie od niej pożegnania. Paula znana z dociekliwości, bardzo przejęła się stanem zdrowia przyjaciółki i zaczęła się dopytywać co Hanka jadła, co piła, czy brała jakieś leki?  No i nic nie wskazywało na przyczyny takiego samopoczucia. W końcu pochwaliła się,  że  rzuca palenie i od kilku dni odzwyczaja się „na maksa”, ale stwierdziła, że jeśli i tak zaraz umrze to chyba jej ostatnim życzeniem będzie zapalić właśnie papierosa z tych nerwów!  A Paula słuchała w zdumieniu tych słów i decyzją porzucenia nałogu zaczęła wypytywać.  Jak to niby rzuca? Co robiła w tym kierunku?

I wtedy Hanka powiedziała jakie to ma świetne, prawdziwie skuteczne plasterki (x), i  że szczerze poleca! No i dopiero wtedy przyjaciółka kazała jej dokładnie, ze zrozumieniem przeczytać ulotkę z opakowania plasterków.  Jak ona może jej kazać czytać ulotkę, i to teraz kiedy jest jedna nogą nad grobem? Przecież te plastry działają cuda więc co tu czytać? Dla świętego spokoju zrobiła to dla przyjaciółki i ledwo zwlokła się więc z łóżka i poszła po opakowanie. Czytała na głos do słuchawki …”

Skutki uboczne: nietypowe bóle przy przedawkowaniu, powiększone węzły chłonne, ryzyko zachorowania na nowotwora, a przy użyciu za dużej dawki np. dwóch plastrów na raz, można zjechać z tego świata będąc zatrutym nikotyną”.  Sama sobie postawiła diagnozę!!! Będąc całkiem świadomą w tej nieświadomości, doszła do wniosku, że gdy paliła swoje słabiutkie aromatyczne słomeczki, to ta dawka nikotyny zawarta w plasterku była dla niej zdecydowanie za duża i sprawiała wrażenie jakby jej codziennie, wstrzykiwano w żyłę „ marychę”… Oj co by ona poczęła gdyby nie Paula… Opowiedziała jej też o bólach piersi i pokazała powiększone węzły chłonne. To był punkt zapalny! Szybka decyzja – zaciągnęła ja do samochodu – Kierunek szpital, oddział, na którym miała znajomego lekarza, kilka słów wystarczyło… seria badań i … diagnoza jedna – RAK PIERSI! … Przeżyła swoje pierwsze w życiu  załamanie … To oznacza tylko jedno! Przestanie być kobietą, bo co to za kobieta bez piersi? Żaden facet na nią nie spojrzy, a co dopiero dotknie, zechce z nią być… Ale w ogóle o czym mowa, jaki facet, przecież to już koniec życia… Teraz czas leciał … Decyzja musiała być mądra i przemyślana, czy chce w ogóle żyć? Paula nie opuszczała jej ani na chwilę, tłumaczyła, podawała setki powodów dla których warto żyć… Dla Hanki nagle czas stanął w miejscu… przeszłość przestała istnieć, przyszłość malowała się obrazem kobiety … po mastektomii… Biła się z myślami, ale podjęła decyzję, jedyną słuszną… (…)   Nowe życie… życie po mastektomii, dla Hanki to nie życie, to wegetacja, nie potrafi zaakceptować siebie na nowo i nie potrafi ukryć rozczarowania jej nowym ciałem. Taka transformacja bez satysfakcji… dno! Ale przecież żyje do diaska! Ogromy ból przeszywa jej serce, czuje odrętwienie, ale czuje też ulgę, a w duszy zaczyna odkrywać siebie na nowo… Po czasie pragnie pokazać całemu światu, że przezwyciężyła strach, dokonała czegoś niesamowitego – przecież pokonała to „dziadostwo” nie dała się mu pożreć. Paula była ciągle przy niej, wspierała, nawet gdy Hanka ja wyzywała w trudnych chwilach jednych uchem słuchała drugim wypuszczała… Kochała ją, chciała ją przywrócić do normalności, do pokochania siebie na nowo. Bo przecież ona „wyrwała ją z objęć śmierci!”… (…) Z dnia na dzień było już tylko lepiej, bywały chwile załamania, rozgoryczenia, huśtawki nastrojów i brak chęci do życia, ale to były ułamki chwil… które zanikały.  Jedna bariera … LUSTRO…

Paula przekonywała ją do tego by ujrzała siebie w nowym świetle, by ujrzała swoje zwycięstwo… lecz to jeszcze musiało poczekać, podobnie jak dotyk swego nowego ciała… Powoli je akceptowała, a w lustro patrzyła jeszcze bokiem, aż …. Któregoś dnia pomyślała o sukience z dekoltem… Czytała wiele gazet, wiele artykułów w internecie, ..

Amazonki… Jej myśli coraz bardziej się kłębiły… podeszła któregoś dnia do szafy i razem z Paula wspominały studniówkę… Śmiały się, wygłupiały, lampka, wina, muzyka… itp… Chwile niezapomniane, jakby nic się nie wydarzyło na przestrzeni ostatnich miesięcy… Lustro…

Sukienka z balu …. Łzy smutku, czy szczęścia… ?? Spojrzała w lustro, założyła sukienkę i tak palnęła…”Pauli… ile kosztuje rekonstrukcja piersi”(…)

Potem wpadła w okropny płacz… Hanka się rozkleiła… ale przecież nie może, musi być silna! Tylko ją teraz ma! Rodzina przecież tak daleko, zresztą co to za rodzina, która nie raczyła odpowiedzieć na ani jedną wiadomość o chorobie Hanki… (…) Zasnęła z sukienką w objęciach… a rano znów czuła pustkę… Jakie to życie jest okrutne, ale przecież żyje! Pozbierała się do kupy i postanowiła coś ważnego, coś co dało nadzieję na początek nowego życia…  Będzie silna i będzie myśleć pozytywnie… I tak leci… rok po roku… Klub Amazonek… nowe znajomości, nowe doświadczenia, nowa miłość życia (!!!), plany na przyszłość…  Marzy o rekonstrukcji, tak trzymać! Hanka teraz już wie, że najważniejsze jest by ŻYĆ, że grunt to przyjaciele, bo oprócz tego, że dzięki Pauli żyje,  to jeszcze pełnią szczęścia jest jej własny SUKCES!

Historia Ani

posted by:

Przedstawiamy historię pani Anny, która zajęła pierwsze miejsce w naszym czerwcowym konkursie.

Mam na imię Ania, mam 39 lat. Jestem nauczycielką z 19 letnim stażem pracy po pedagogice wczesnoszkolnej, pracując studiowałam-ukończyłam studia podyplomowe z informatyki, kursy kwalifikacyjne z oligofrenopedagogiki, organizacji i zarządzania oświatą, uczestniczyłam w dziesiątkach kursów, szkoleń, konferencjach, sympozjach, warsztatach. Mając takie kwalifikacje ciągle otrzymywałam propozycje dodatkowych zajęć, na które zwykle się zgadzałam. Wiele osób przychodziło do mnie po radę, pomoc w sprawach zawodowych. Nigdy nikomu nie odmówiłam pomocy, dzieliłam się swoją wiedzą i doświadczeniem. W realizacji moich zawodowych ambicji zawsze wspierał mnie mój mąż, który po pracy zajmował się opieką nad obecnie już dorosłą córką, zawsze pomagał mi w obowiązkach domowych.
Kocham podróże, każdego roku z początkiem wakacji wraz z mężem i córką wylatujemy w jakieś ciepłe miejsce, wolne weekendy spędzamy jeżdżąc na wycieczki. Uwielbiamy wycieczki górskie, zawsze w sierpniu, zaopatrzeni w specjalistyczne mapy i sprzęt zdobywamy szczyty w jakimś rejonie Tatr w Słowacji.
Nigdy nie chorowałam, ale regularnie wykonywałam różne badania. W 2002 roku znalazłam sobie w lewej piersi małego guzka, od razu poszłam do lekarza, zrobił biopsję, której wynik był dobry, ale wraz z lekarzem postanowiliśmy guzek wyciąć. Od tej pory byłam pod opieką poradni chorób piersi, robiłam badania co 3, 4, 5 miesięcy. Po roku znalazłam kolejnego guzka, który też został usunięty, badania wykonywałam nadal, nic złego się nie działo. Aż do wiosny 2009 roku, kiedy pojawił się kolejny guzek, tym razem w prawej piersi- znowu badania, biopsja, dobry wynik i decyzja o nie usuwaniu go, częste badania.
W maju 2010 roku wróciłam z klasą z zielonej szkoły, 2 lipca miałam zaplanowaną, opłaconą podróż z rodziną do Egiptu, jak co roku nie mogłam doczekać się wakacji i wylotu na zasłużony odpoczynek. W międzyczasie miałam umówioną wizytę w poradni. Lekarz stwierdził, że jednak guzek wytniemy, a do wylotu zostanie już tylko kolejna mała blizna. Zgodziłam się, po kilku dniach przeszłam zabieg usunięcia guzka, rzeczywiście rana szybko się zagoiła, po kilku dniach wróciłam do pracy. Czekał mnie jak zwykle natłok obowiązków związany z zakończeniem roku szkolnego i przygotowania do wyjazdu, z którego wszyscy się cieszyliśmy.
9 czerwca w czasie przerwy zadzwonił do mnie lekarz, informując mnie, że otrzymał wynik histopatologii i musimy porozmawiać o dalszym leczeniu. Doskonale wiedziałam co ten wynik oznacza, od razu zadzwoniłam z informacją do męża. Mąż się rozpłakał, jakoś dotrwałam do końca lekcji, od razu wspólnie z mężem pojechaliśmy do lekarza po mój wyrok.
W czasie wizyty dowiedziałam się, że mam już ustalony termin amputacji, ale lekarz zaproponował mi jeszcze przed podjęciem decyzji wizytę w Centrum Onkologii w Gliwicach, chwila załamania, ale zwyciężyła moja wola walki, pojechałam następnego dnia, tam dalsze badania, paniczny strach przed kolejnymi wynikami, początkowa nadzieja na zabieg oszczędzający. Przez cały ten czas pracowałam, o chorobie wiedział tylko mąż. Tak pracując, jeżdżąc do Gliwic, dobrnęłam do końca roku szkolnego. 29 czerwca dowiedziałam się, że jednak czeka mnie amputacja i usunięcie węzłów chłonnych dołu pachowego. Tego dnia o chorobie powiedziałam córce i rodzicom, a następnie pojechałam do swojego biura podróży, aby zmienić rezerwację podróży. Do Egiptu wysłałam córkę z moimi rodzicami, choć nie było łatwo ich do tego przekonać.
2 lipca rodzice i córka wylądowali w Egipcie, a ja na bloku operacyjnym szpitala w Jaworznie. Mąż był przy mnie przez cały ten czas, byłam załamana, starał się mnie podtrzymywać na duchu, choć widziałam, że jest mu równie ciężko. W przeddzień operacji zadzwoniła do mnie najbliższa koleżanka z pracy Bogusia, nie odebrałam, napisałam, że nie mogę rozmawiać, obiecałam odezwać się za kilka dni.
Po powrocie ze szpitala, w czasie, kiedy mąż był w pracy, siedziałam sama w domu i płakałam, nie chciałam z nikim rozmawiać, nie odbierałam telefonów, do Bogusi napisałam, że jestem chora i nigdy nie wrócę do pracy. Za chwilę do mnie zadzwoniła, odebrałam, chciała mnie odwiedzić, nie zgodziłam się, po rozmowie długo płakałam.
Przez miesiąc codziennie musiałam jeździć do chirurga i na różne badania, mąż martwił się, że ze względu na swoje obowiązki zawodowe nie zawsze będzie mógł zawozić mnie do lekarzy, ja prawo jazdy od 20 lat trzymałam w szufladzie, często ubolewałam nad tym, ale nie potrafiłam się zmotywować. Mąż zmusił mnie, żebym znów zaczęła jeździć, zabierał mnie w różne miejsca, kazał prowadzić. Strasznie się bałam, marudziłam, mąż był stanowczy, widziałam ile zdrowia go to kosztowało. Dzięki niemu znów jeżdżę, stałam się niezależna.
Po kolejnej wizycie w Gliwicach dowiedziałam się, że czeka mnie chemioterapia, radioterapia i terapia hormonalna. Wspólnie z mężem zastanawialiśmy się co zrobić z moją pracą. Jeszcze bardziej niż utraty piersi, bałam się utraty moich długich, gęstych włosów. Do końca lipca byłam na zwolnieniu lekarskim. 1 sierpnia podjęłam decyzję, że chcę skorzystać z przysługującego mi rocznego urlopu dla poratowania zdrowia, nie było z tym żadnych problemów. Od 25 sierpnia miałam zaplanowaną chemioterapię, dlatego 16 poszłam do fryzjerki, ściąć włosy na krótko, po kilku dniach kupiłam perukę, kilka turbanów, nocną czapeczkę, ale i dobre kosmetyki do włosów. Postanowiłam też, że w czasie kiedy będę łysa nie wyjdę z domu, będę tylko chodzić do lekarza i w niedzielę do kościoła, ale bardzo daleko od domu, żeby nie spotkać nikogo znajomego.
Z końcem sierpnia, kiedy koleżanki zaczęły pojawiać się w szkole, dowiedziały się o moim urlopie zaczęły do mnie pisać sms-y, maile, dzwonić z życzeniami zdrowia, po każdej takiej rozmowie, czy wiadomości znów długo płakałam.
Po chemioterapii czułam się dobrze, choć byłam bardzo słaba, w domu otaczała mnie miłość, zrozumienie, ciepło moich najbliższych, Bogusia też nie dawała za wygraną, w końcu zgodziłam się na odwiedziny.
Chemioterapia przebiegała pomyślnie, czułam się dobrze, włosy choć wypadały, jednak dużo jeszcze zostało, przyszła jesień, chłody, kupiłam kilka czapek, peruka, turbany, czapeczka zimowa z metkami leżą do dziś w pudełku.
Przez cały ten czas konsekwentnie nie ruszałam się z domu, zajmowałam się kuchnią, która jest moją pasją, dogadzałam rodzinie, piekłam, gotowałam. Ze znajomymi byłam w stałym kontakcie za pośrednictwem komputera i komórki, nie zgadzałam się na żadne spotkania. Radziłam koleżankom z pracy w różnych trudnych sytuacjach, kiedy mnie o to prosiły, nadal dzieliłam się swoim doświadczeniem zawodowym. Przychodziła tylko Bogusia, co 4, 5 tygodni, często do siebie dzwoniłyśmy.
Przed Bożym Narodzeniem, już po ostatniej chemioterapii zjawiła się u mnie moja dawna przyjaciółka Ola, która przed trzema laty przeżywała ten sam koszmar, na wieść o mojej chorobie postanowiła odnowić kontakty, zaprosiłam ją do siebie. Po czym obiecała rewizytę po skończonej radioterapii.
Radioterapię rozpoczęłam zaraz po Nowym Roku, przebiegła pomyślnie.
Z dnia na dzień obserwowałam zagęszczające się moje przerzedzone włoski. Miałam coraz więcej chęci do życia, marzyłam o podróży, o cieple i o słońcu. 14 lutego poszłam do fryzjerki, żeby zrobiła coś z tym co mam na głowie, o dziwo wyszła całkiem ładna fryzurka, po tygodniu schowałam głęboko do szafy wszystkie czapki- nie cierpię czapek!
Moment zdjęcia czapki okazał się dla mnie przełomem- zaczęłam z gołą głową chodzić do swojego kościoła, do pobliskiego sklepu, w którym nie byłam od sierpnia, odwiedziłam Olę, zapisałam się i poszłam na warsztaty metodyczne.
Od tego czasu zaczęłam zapraszać do siebie swoje koleżanki, chętnie przychodzą, plotkujemy, żartujemy, rozmawiamy o wszystkim.
Jeżdżę na rehabilitację, żeby wzmocnić rękę. Podczas pierwszej wizyty spotkałam w ośrodku koleżankę, z którą kiedyś pracowałam, nie wiedziała nic o mojej chorobie. Okazało się, że też zachorowała, jest po amputacji, właśnie rozpoczyna chemioterapię, jest tak samo przerażona jak ja w lipcu, ale stwierdziła, że patrząc na mnie, wierzy, że wszystko musi być dobrze. Prosiła mnie o rady w sprawie diety, dbania o włosy, skórę w czasie leczenia. Zaprosiłam ją do siebie, później też ją odwiedziłam, obiecałyśmy sobie, że będziemy w kontakcie.
W połowie marca zapytałam męża, czy mógłby zabrać mnie gdzieś daleko, żebyśmy mogli odpocząć po tym koszmarze, kazał mi poszukać ofert. 23 marca kupiliśmy wczasy, a 26 już byliśmy na Cyprze. Córka została z dziadkami w domu, cieszyła się z naszego wyjazdu.
Na Cyprze były takie chwile, kiedy wcale nie myślałam o chorobie, wokół piękna budząca się do życia przyroda we wszystkich odcieniach zieleni, z mnóstwem kolorowych kwiatów. Wspaniały hotel, w okolicy piękne widoki, szlaki spacerowe, piaszczyste plaże, turkusowe, ciepłe morze, jaskinie i wzniesienia, obok których jak dawniej nie mogłam przejść obojętnie. Wszędzie musiałam wejść, zajrzeć z bliska, zrobić zdjęcie.
Wróciliśmy szczęśliwi, opaleni, wypoczęci, pełni sił i nadziei, że wszystko będzie dobrze. Nadal odwiedzają mnie koleżanki, nie kryją zdziwienia, moim wyjazdem, oraz formą, w jakiej mnie znajdują. Coraz częściej myślę o powrocie do pracy, za kilka dni wybieram się na kolejne warsztaty, a w międzyczasie nadal jeżdżę na rehabilitację…
…to było dwa i pół roku temu. Perukę, turbany i czapeczki podarowałam znajomej pani rehabilitantce, żeby przekazała je komuś, kto ich potrzebuje. Wróciłam do pracy, skończyłam kolejne studia podyplomowe, zostałam dyrektorką zespołu szkolno- przedszkolnego. Często podróżuję, chodzę po górach. Jestem weganką, kiedy tylko mogę, wspieram osoby, które dotknęła choroba. Przygotowuję się do operacji rekonstrukcji i cieszę się życiem.